LEGENDY I CIEKAWOSTKI

Legendy miejskie stanowią niebywale atrakcyjny i ciekawy element każdej kultury. Związane są z tradycją, historią i osobami zamieszkującymi dane tereny. Wiele z nich jest tak fascynujących i tajemniczych, że wzbudzają wielkie zainteresowanie, nie jedną osobę przyprawiając o ciarki. Niebywale interesujące wydają się być opowieści związane z naszym miastem, a szczególnie z żagańskimi maszkaronami. Ta i inne miejskie legendy zostały zebrane i przetłumaczone przez Pana Mariana Świątka, żagańskiego regionalisty i przewodnika. Poniżej najpopularniejsze żagańskie opowieści.

Diabelski rzeźbiarz z Żagania

Nad oknem wystawowym zegarmistrza Rolmanna przy Rynku Maślanym nr 24 (północna pierzeja żagańskiego rynku, kamienica została zniszczona w czasie walk o miasto w 1945 r. Znad okien zamku we wszystkie strony patrzą kamienne twarze. Wszystkie wyrażają rozmaite nastroje i uczucia – gniewają się, śmieją, kpią i grożą, wszystkie wywołują w patrzących przerażające odczucia. Ogółem tych twarzy jest 197.

Lud je nazywa ,,diabelskimi maszkarami” i o ich powstaniu krążą rozmaite opowieści. Oto jedna z nich: Zamek książęcy był prawie gotowy, brakowało jeszcze tylko ozdób zewnętrznych. Nadzwyczaj wybitny mistrz murarski przyrzekł Wallensteinowi, że wykona coś nadzwyczajnego. Mistrz łamał sobie głowę, jak oryginalnie ożywić zamkowe mury. Myślał o bohaterach i aniołach, ale nic nie wychodziło. W końcu odezwał się ,,A choćbym duszę diabłu zapisał, zrobiłbym to, gdyby mi on podsunął dobrą myśl”. Nagle poczuł, że ktoś go trąca w ramię.

Obejrzał się i zobaczył przed sobą wędrownego artystę. ,,Ja ci pomogę” – odezwał się nieznajomy. Mistrz, lustrując przybysza od stóp do głowy, z niedowierzaniem spytał: ,,Ty możesz mi pomóc – A kim ty jesteś?” ,,Jestem tym, który uczynił wielkim budowniczego tego zamku” – odpowiedział nieznajomy. Następnie zbliżył się do mistrza, a ten z przerażeniem spostrzegł, że u prawej nogi nieznajomego zamiast stopy jest kopyto końskie. Przebiegł go zimny dreszcz – oto sam diabeł stał przed nim. – ,,Zawołałeś mnie i jestem tu po to, aby ci pomóc” – zaczął. ,,Że to potrafię, w to już nie wątpisz. Podam ci myśl, która ucieszy twego księcia pana”.-  ,,A co żądasz za swoją przysługę?” ,,Sam już wymieniłeś cenę, dla mnie jest tylko jedna zapłata – dusza, którą mi dasz w zastaw”. ,,Twój książę pan mnie szanuje, będzie się cieszył, gdy wszędzie na zamku zobaczy mój wizerunek. Masz tworzyć diabła i jego nastroje, które zdradza moja twarz, a twarze diabła niech będą ozdobą tego zamku”.

Mistrz chciwie podchwycił tę myśl. Zaraz wyrzeźbił szyderczo triumfującą twarz diabła. Diabeł ciągle wracał i okazywał mu inną twarz. Tak powstały maszkary, jedna za drugą, wszystkie się od siebie różniące. Pomocnicy mistrza dziwili się jego niewyczerpanej fantazji. Nie wiedzieli, co się stało. Mistrz wykonał już 99 twarzy i głowił się nad setną. Ta maska  miała zdobić główne wejście do zamku i być  najbardziej atrakcyjną ze wszystkich wykonanych dotychczas masek. O jej wygląd mistrz długo kłócił się z diabłem. W końcu skończyła się cierpliwość mistrza i krzyknął na diabła ,,Pokaż mi swoją całkowitą brzydotę, choćby oznaczało to dla mnie wyrok śmierci!” Nagle niebo zachmurzyło się, zaległa ciemność. Potężny piorun przeszył chmury, a po nim rozległ się przerażający grzmot. Mistrz pobladł i mocno się wystraszył. Między chmurami zobaczył czerwony błysk, a w nim – nieopisanie odrażające rysy twarzy, tak straszne, że mimo woli zrobił krok w tył, stracił równowagę i runął z rusztowania. Upadając obrócił się dwa razy i spadł z taką siłą na ziemię, że złamał sobie kark. Zobaczył prawdziwe oblicze diabła. Diabeł wygrał, a inny mistrz musiał dokończyć dzieło rozpoczęte przez diabelskiego rzeźbiarza.

Kto dziś ogląda te maszkary na elewacji żagańskiego pałacu, jest gotów uwierzyć, że przy ich tworzeniu działały złe moce.

Tłumaczenie i opracowanie: Marian Ryszard Świątek

Biała owieczka z Żagania

Nad oknem wystawowym zegarmistrza Rolmanna przy Rynku Maślanym nr 24 (północna pierzeja żagańskiego rynku, kamienica została zniszczona w czasie walk o miasto w 1945 r.) znajdowała się niewielka płaskorzeźba z wyobrażeniem białej owieczki. Owieczka ma zamknięte oczy i opiera się o ścianę, jakby nie miała już siły dalej iść. Gdy przyjrzymy się jej uważniej, dostrzeżemy umieszczony tam napis Georgius Scheffer 1586. Wzmianka o historii związanej z tą płaskorzeźbą znajdowała się w starej księdze przechowywanej w żagańskim zamku, która niestety nie zachowała się do dzisiejszych czasów. Przed ośmiu wiekami żagański gród ulokowany był nad rzeką Bóbr, koło wsi Stary Żagań, a w zakolu rzeki gdzie obecnie znajduje się żagańska starówka, rozciągały się łąki i pastwiska. W miejscu, gdzie dziś znajduje się rynek i stoi wieża ratuszowa, stary pasterz wypasał swoje owieczki. Do pomocy miał dzielnego psa, trzoda była spokojna, toteż pracowity pasterz miał dosyć czasu, aby przez wiele godzin podczas dnia prząść wełnę i tkać pończochy. Znał dobrze wszystkie swoje owieczki i do niektórych z nich zwracał się po imieniu. Między nimi była jedna bardzo biała, która wyglądała jak świeżo spadły śnieg. Stary pasterz wyjątkowo ją polubił. Każdego ranka, gdy wypuszczał na pastwisko swoje owieczki, szczególną uwagę zwracał na nią. Na szyi zawiesił jej fioletową wstążeczkę. Owieczka była tak oswojona, że przychodziła sama do szałasu, żeby jeść chleb z ręki pasterza. Pewnego razu owieczka zachorowała, a on starał się dniem i nocą jej pomóc. Zrobił dla niej ciepłe legowisko w swoim szałasie i nakrył ją swoim płaszczem, podawał jej swoje jadło, nacierał ją i poił wywarem z ziół, jak nauczył go ojciec. Ale starania te na wiele się nie zdały, owieczka słabła coraz bardziej. Pewnego ranka znaleziono w szałasie martwego pasterza a w jego ramionach znaleziono martwą owieczkę. Zmarł z rozpaczy po śmierci ukochanej owieczki. Ok. 1200 r. gród żagański został przeniesiony w zakole rzeki Bóbr, gdzie wcześniej wypasano owce i bydło. W miejscu szałasu pasterskiego zbudowano dom, na którym umieszczono rzeźbę owieczki. Stary drewniany dom później zastąpiono murowanym a rzeźbę owieczki umieszczono także na jego frontonie, aby upamiętniała zdarzenie, które miało miejsce w bardzo odległych czasach. Po wojnie, w latach 60. XX wieku zburzono fasadę kamienicy nr 24 i wzniesiono blok mieszkalny a płaskorzeźbę białej owieczki wmontowano w fasadę barokowej kamieniczki w południowej pierzei rynku (Rynek nr 9 – Restauracja Tropik.) Jest to jeden z nielicznych przypadków w powojennych dziejach naszego miasta, kiedy uratowano przed zniszczeniem ciekawy detal architektoniczny żagańskiej starówki. Tłumaczenie i opracowanie: Marian Ryszard Świątek

Głodowa wieża w Przewozie

Książę żagański Jan II był człowiekiem równie srogim i bezlitosnym, jak jego ojciec, Książę Jan I. Wojny i gwałty były jego żywiołem, a władzę cenił sobie wyżej nawet od miłości braterskiej. Toteż, gdy ogarnęło go pragnienie skupienia władzy nad całym pozostawionym mu przez ojca księstwem, nie zawahał się wystąpić zbrojnie przeciw rodzonemu bratu, księciu Baltazarowi. Przez dziewięć dni oblegał jego zamek, wreszcie rozpoczęto układy, w wyniku których książę Baltazar miał oddać napastnikowi zamek, a sam opuścić go bezpiecznie wraz ze swoją drużyną. Ale źle czynił, kto wierzył słowu Szalonego Jana (bo tak go lud nazywał). Zaledwie otworzyły się bramy zamku, żołnierze Jana II rzucili się na oddział księcia Baltazara, który został pojmany. Działo się to 16 maja 1472 roku. Na zamku w Przewozie była wysoka wieża o grubych murach, do której nie było żadnego wejścia oprócz niewielkiej furty na górze i której wnętrze stanowiło jeden ciemny loch. Tam to z rozkazu księcia Jana wtrącono pokonanego brata. Klucz od furty zaś zabrał z sobą Jan, który zaraz udał się do zdobytego Żagania, aby tam wśród uczt i hulanek ze swymi ludźmi radować się z odniesionego triumfu. Na zabawach i pijaństwie szybko upływał czas, tak szybko, że można było zapomnieć nawet o bracie głodującym w więziennym lochu. Minęło kilka tygodni. Pewnego dnia jednak stała się rzecz dziwna: wśród wesołego gwaru biesiady książę Jan wypuścił nagle jadło z omdlałych dłoni, a wino popłynęło poprzez stół czerwoną strugą z przewróconego pucharu. Ujrzał bowiem, jak przez komnatę przesunęła się śmiertelna zjawa brata Baltazara. Własnymi rękami osiodłał książę najszybszego konia, dręczony wyrzutami sumienia, i jak wicher pognał do Przewozu, Bez tchu pobiegł do strasznej wieży, drżącymi rękami otworzył ją. Na próżno! Przy stole, pośrodku lochu, z pogryzionymi w mękach głodowego konania rękami leżał trup księcia Baltazara. I tylko na stole widniały wypisane drżącą dłonią jego ostatnie słowa: ,,Pragnienie dręczyło mnie więcej niż głód”. W przerażeniu i ze strasznym piętnem bratobójcy uciekał z Przewozu książę Jan, aby już tam nigdy nie powrócić. Niedługo potem, pozbawiony panowania przez własnych poddanych, zmarł w Wołowie w 1504 roku, otoczony powszechną pogardą i nienawiścią. Bezwzględnie i ostro potępia podanie Jana II żagańskiego. Ale trzeba wziąć pod uwagę i okoliczności tego czynu. Już Jan I utrzymywał się na swym maleńkim księstwie tylko w wyniku zaciętych walk z bratem. Księstewko jego miało być rozdzielone między czterech synów! Wprawdzie dwóch z nich zmarło jeszcze przed śmiercią ojca, ale dla Jana II i Baltazara podział księstwa oznaczał wprost niedostatek. Po śmierci Baltazara Jan nie został wygnany, lecz sprzedał Żagań książętom saskim za 35 000 guldenów. Tłumaczenie i opracowanie: Marian Ryszard Świątek

Legenda o diabelskim kamieniu

W pobliżu wsi Dzietrzychowice, niedaleko drogi prowadzącej z Marysina do Starej Koperni wystaje z ziemi potężny głaz narzutowy. Nazwano go ,,Diabelskim Kamieniem”. Mniej więcej 60 lat temu leżał prawie 100 metrów od niego podobny głaz, który nazywano ,,Boskim Kamieniem”. Obydwa zostały przyniesione w epoce lodowcowej przez lodowiec ze Skandynawii. ,,Boży Kamień” został niestety rozsadzony i użyty do budowy drogi z Żagania do Żar. Z kamieniami tymi związana jest następująca legenda. Gdy pewnego razu Bóg Ojciec stał na Jasnym Wzgórzu (Hellberge) koło Kożuchowa, zbliżył się doń diabeł i zaproponował zakład, który udowodni, kto jest z nich silniejszy. Po wykonaniu rzutów potężnymi głazami okazało się, że kamień rzucony przez diabła spadł znacznie bliżej niż kamień rzucony przez Pana Boga. Diabeł zawody przegrał i był z tego powodu tak wściekły, że swoim końskim kopytem mocno kopnął kamień, przez co potoczył go nieco dalej. Duży ślad końskiego kopyta można jeszcze dziś rozpoznać. Z przedstawioną legendą związany jest także wygląd wieży kościelnej w Jeleninie, która zwieńczona był spiczastym dachem. Przelatujący głaz rzucony przez diabła, zahaczył o wieżę, która od tej pory posiada ścięty dach. Tłumaczenie i opracowanie: Marian Ryszard Świątek

Legenda o Kammlerze

Na wzgórzach znajdujących się na wschód od miasta Żagania, niedaleko wsi Chrobrów, żył w dawnych czasach potwór, który przez miejscową ludność nazywany był Kammlerem. Wzniesienia na prawym brzegu rzeki Bóbr, w miejscu, gdzie wpływają do niego wody rzeki Kwisa, noszą do dnia dzisiejszego jego imię (Wzgórza Kammlera – Kammlerberge). Potwór mieszkał w głębokiej jaskini, od której wiódł aż do Przewozu podziemny korytarz, który przekopany był pod korytami rzek Bobru i Kwisy. Ziemia obdarzyła stwora nadziemską siłą, dzięki czemu był zdolny wznosić się w powietrze. Kammler nie chodził nigdy pieszo. Zawsze kłusował na szybkim wierzchowcu, z którym zdawał się być zrośnięty. Dla ludzi nie był przychylny, złościł się często z błahych powodów. Gdy przypadkiem napotkał na swojej drodze dzieci, to zdawał się być dla nich uprzejmym i miłym, lecz jego łaskawość okazywała się często tylko złym żartem. W pobliżu jego jaskini znajdowała się droga wiodąca z wiosek Bukowiny Bobrzańskiej, Bobrzan czy z Małomic do miasta Żagania. Co tydzień musiały wieśniaczki tą drogą przechodzić, by dostarczyć towary na targ do miasta. Kammler często tę sytuację wykorzystywał do swoich niecnych celów. Aby ułatwić sobie zadanie, rozciągnął przez drogę sznur, który połączył z umieszczonym w jaskini dzwonkiem. Gdy idąca drogą wieśniaczka trąciła sznurek, to Kammler wiedział, że czas grabieży nadszedł. Natychmiast dosiadał swojego wierzchowca i ruszał na rabunek. Ofiarom na pożegnanie sypał garść pieprzu w oczy, aby nie mogły zobaczyć, w którym kierunku umyka. Po pewnym czasie okoliczni mieszkańcy mieli dość zbójeckich napadów. Chłopi zebrali się i postanowili z tym skończyć. Zaprzysięgli zgotować Kammlerowi krwawą zemstę. Klnąc i złorzecząc ruszyli, aby go ukarać. Rozważono, czy nie byłoby możliwe wykopanie nowego koryta dla skierowanie wody rzeki Bóbr do jaskini. W ten sposób można by Kammlera utopić. Ale to przedsięwzięcie okazało się zbyt trudne do realizacji. I tak na dobry pomysł wpadł sołtys. Jeden z wieśniaków zakradnie się w pobliże jaskini i zbada odciski końskich kopyt. Pozwoli to na zlokalizowanie bandyckiego gniazda, a po jego okrążeniu przez chłopów uzbrojonych w kosy, widły i cepy jego ostateczna likwidacja. Johann, parobek sołtysa pierwszy znalazł ślad kopyt rumaka Kammlera. Szybko chłopi się skrzyknęli, aby schwytać potwora. Ukryli się nieopodal jaskini za drzewami i krzewami. Oczy wszystkich wpatrzone były w wylot jaskini. Wszyscy widzieli jedynie odciski kopyt końskich. A potwór nie wychodził. Czekali długo. Nagle drwal przyniósł wiadomość, że Kammler był widziany w gęstym lesie. Wszyscy zaczęli się głowić nad wyjaśnieniem zagadki. Wkrótce i oni znaleźli jej rozwiązanie! Koń Kammlera był tak podkuty, że jego podkowy były obrócone na kopytach, co powodowało mylne określenie kierunku jazdy potwora. Chłopi chociaż poczuli się wykpieni, nie zrezygnowali z jego ukarania stwora. Chcieli koniecznie na zawsze skończyć z Kammlerem. Któregoś dnia dowiedzieli się, że na pewno jest on w swojej jaskini, więc otoczyli ją ponownie. Tym razem potwór wpadł w zastawioną przez nich sieć. Chłopi rzucili się na niego i pojmali go wraz z koniem. Zabrano mu broń. Chłopi trzymali mocno konia za uzdę. Bezbronny Kammler siedział na swoim rumaku. Odbył się proces sądowy. Na końcu rozprawy spytano go, jakie ma ostatnie życzenie. Ostatnim życzeniem Kammlera było dotknięcie ziemi końcem małego palca. Chętnie zezwolono mu na spełnienie tego życzenia, bo zgodnie z tradycją osoba skazana na śmierć miała do tego prawo. Lecz – oto! Co się stało? Ledwie dotknął ziemi, a już wzniósł się ze swoim rumakiem w powietrze, prosto w chmury. Chłopi się rozpierzchli i z trwogą spoglądali za nim. Deszcz pieprzu posypał się od ulatującego w niebo Kammlera. Klnąc i złorzecząc chłopi rozeszli się do swych domostw. Od tej pory Kammlera już nie widziano. Lecz krążą wieści, że od czasu do czasu straszy jeszcze na wzgórzach Kammlera.

Legenda o złotym dziecku

Żagański cech rzeźników w dniach od 9 do 11 maja uroczyście obchodził 600-lecie swojego powstania. W dokumencie wystawionym 30 listopada 1314 roku po raz pierwszy zostali wymienieni żagańscy rzemieślnicy, a wśród nich rzeźnicy. Cech żagańskich rzeźników tę datę przyjął za czas swego powstania. Wiele faktów przemawia za tym, że cech rzeźników istniał w mieście już dużo wcześniej. Nadanie pierwszych przywilejów żagańskim rzeźnikom i piekarzom jest związane z legendą o złotym dziecku z Żagania. W kamienicy na rynku w Żaganiu pod nr 19 umieszczona jest figurka wyobrażająca dziecko. Przypomina ona dawną, zapomnianą legendę. Opisał ją Carl Martin Plümicke w swoim opowiadaniu, które ukazało się drukiem w 1795 r. Potężny czeski król Ottokar zwołał w 1254 r. zjazd stanów we Wrocławiu. Na polowaniu z nagonką, które odbyło się z okazji tego zjazdu w Urazie (ok. 20 km na północny zachód od Wrocławia) książę Bolesław Świdnicki uratował królowi życie. Rozwścieczony koń, którego dosiadał król przewrócił się wraz ze swoim jeźdźcem. Król Ottokar z wdzięczności za uratowanie go ze śmiertelnego niebezpieczeństwa ożenił swojego drugiego syna Wacława Ottokara z córką świdnickiego księcia Edeltrudą. Ponieważ narzeczony miał dopiero 17, a narzeczona zaledwie 14 lat najpierw odbyło się formalne wesele, a następnie po dwóch latach miał się odbyć właściwy ślub. Młoda para, która zamieszkała we Wrocławiu pod opieką starego, pochodzącego z Żagania, ochmistrza Melchiora Staude, nie zważała na ojcowski nakaz powstrzymania się od współżycia. Wkrótce panna młoda zaszła w ciążę. Ze strachu przed karą i w poczuciu winy uciekli z Wrocławia do sławnego i bogatego wówczas klasztoru kanoników regularnych św. Augustyna w Nowogrodzie Bobrzańskim. Z wieloma trudnościami, przez nikogo nierozpoznani przybyli do Starego Żagania. Gwałtowna zawieja i wielkie zmęczenie przeszkadzały im w dalszej podróży. Osłabieni znaleźli schronienie w rozpadającym się ze starości domku starej Grety. Już na drugi dzień osamotniona i nieporadna księżniczka urodziła syna. Ale radość młodych rodziców nie trwała długo, bo niedoświadczony ojciec wykąpał noworodka w lodowatej wodzie. Delikatne ciało zdrętwiało i nieszczęśliwi rodzice uznali, że dziecko zmarło. Matka pożegnała się ze swoim synem, a ojciec zaniósł zwłoki dziecka do pobliskiego lasu, aby je pogrzebać. Ze względu na brak narzędzi nie był w stanie wykopać grobu w zmarzłym gruncie i zwrócił się do Boga o pomoc. Po żarliwej modlitwie ujrzał w lesie zaprzężone bezpańskie sanie. Wielokrotne próby przywołania ich właściciela spełzły na niczym. Książę uznał ten fakt za znak z nieba. Położył nieruchome dziecko w kobiałkę znajdującą się na saniach i pozostawił przy zwłokach dziecka drogocenny kolczyk jego matki. Sanie należały do żagańskiego mistrza rzeźnickiego i wójta miasta Oelsnera. Gdy powrócił on po negocjacjach związanych z zakupem drewna do pozostawionych w lesie sań, znalazł w nich chłopca. Chłopiec położony w gęsto wyplecionym koszyku i pod przykryciem odzyskał naturalną ciepłotę ciała i zaczął zdradzać oznaki życia. Oelsner zabrał dziecko ze sobą do Żagania. Tutaj otoczone dobrą opieką przybranych rodziców dziecko rosło zdrowo na ciele i duszy. Po siedmiu latach do domu powrócił Ubald, syn starej Grety, i przyniósł książęcym rodzicom wiadomość, że ich dziecko żyje. Natychmiast przyjechali do Żagania, rozpoznali swoje dziecko i zabrali je ze sobą do Pragi. Przybrani rodzice zostali sowicie wynagrodzeni. Oprócz osobistych prezentów dla Oelsnerów również cech rzeźników i piekarzy w Żaganiu zostały przez króla Ottokara nagrodzone licznymi przywilejami. Z tej okazji został wystawiony specjalny list opatrzony królewską pieczęcią. Dokument pochodzi z 1262 roku. Papież Urban IV potwierdził, że dziecko pochodzi z legalnego związku małżeńskiego i należą mu się wszystkie wynikające z tego faktu przywileje. Książę przybrał nazwisko Wacław Friedrich Ottokar. Ale w Żaganiu nazywano go i nazywa się jeszcze do dziś, z wdzięcznością wspominając obfite korzyści, które przyniósł miastu – złotym dzieckiem z Żagania. Carl Martin Plümieke (1749 – 1833)w czasie, w którym odpisał to opowiadanie ze starego rękopisu piastował funkcję sekretarza gabinetu na dworze księcia Kurlandzkiego Piotra Birona w Żaganiu. Tłumaczenie i opracowanie: Marian Ryszard Świątek

O wieży w Żaganiu

Wszystkie wiadomości o księciu Janie I z Żagania, które zachowały się do naszych czasów mówią zgodnie, że był to człowiek ponury i okrutny. Przed jego strasznym niepohamowanym gniewem drżeli nie tylko słudzy, ale i najbliższa rodzina. Nie oszczędzał nawet zwierząt, które dręczył z upodobaniem. Gdy wpadł w gniew, miał zwyczaj siadać na konia i gnać na złamanie karku po polach i bezdrożach, smagając wierzchowca bez ustanku i orząc jego boki ostrogami. Często zdarzało się, że po powrocie księcia z takiej ,,przejażdżki” pełen życia rumak padał martwy. Pewnego razu, gdy zamęczył w ten sposób jednego z najpiękniejszych swoich wierzchowców, żona księcia nie mogąc znieść męki niewinnego stworzenia, ze łzami w oczach prosiła męża, by zaniechał na przyszłość tak okrutnego postępowania. Zdumiał się książę, że ktoś jeszcze śmie zwracać mu uwagę, a potem płomień wściekłości zapalił się w jego oczach. – Litujesz się – wrzasnął – no to poczuj sama, jak to smakuje! – I jednym ciosem obaliwszy księżnę na ziemię, zaczął ją smagać batem i orać jej ciało ostrogami! Jeszcze tego samego dnia wypędził ją z domu, bo jej dobroć i łzy od dawna już budziły jego niechęć. W jakiś czas potem pobożny i mądry opat klasztoru augustianów w Żaganiu odważył się zwrócić księciu uwagę na niewłaściwość jego postępowania. Książę Jan pohamował swój gniew. Nie było w owych czasach rzeczą bezpieczną, nawet dla księcia, toczyć spór z dostojnikiem kościelnym. Rzekł więc tylko drwiąco: – Klecho! Czy widzisz tę wieżę kościelną? Uwierzę, iż w twoim gadaniu jest jakaś słuszność, jeżeli ona się przewróci! Traf chciał, że istotnie w niedługi czas potem, dnia 12 lutego 1439 roku wieża kościelna bez żadnej widocznej przyczyny zawaliła się. Nikt nie poniósł przy tym żadnej szkody, a nawet strażnik znajdujący się na szczycie wieży złamał tylko nogę. Zdarzenie to wywarło na księciu duże wrażenie. Przeraził się, a zabobonny lęk przyprawił go o ciężką chorobę, która zakończyła się śmiercią. Ale w czasie choroby zmienił postępowanie i starał się być znośniejszy dla otoczenia i wynagrodzić przynajmniej częściowo krzywdy, które ludziom wyrządził. Ostatnią jego wolą było, aby za pokutę pogrzebano go pod progiem kościoła, iżby wszyscy wchodzący i wychodzący musieli deptać po jego grobie. Dawny Żagań leżał na miejscu dzisiejszego Starego Żagania, ale osada ta została zniszczona w roku 1140. Dopiero w 1170 r. książę głogowski Konrad założył od nowa Żagań. Prawa miejskie otrzymał Żagań w 1284 roku. W tym też roku książę Przemko przeniósł tu z Nowogrodu Bobrzańskiego klasztor augustianów, oddając mu istniejący już stary kościół. Jan I zmarł w 1439 r., a więc za jego życia wznoszono (XIV w.) lub też skończono budowę stojącego do dziś kościoła parafialnego. Jest więc możliwe, że w trakcie budowy świątyni zdarzył się jakiś wypadek, na którym oparto powyższe podanie. Tłumaczenie i opracowanie: Marian Ryszard Świątek

Miejsce gdzie łączą się nurty rzek Bobru i Kwisy jest wyjątkowo piękne i tajemnicze. Na lewym brzegu Bobru odnaleźli archeolodzy ślady pieców hutniczych z czasów rzymskich. W grodzisku znajdującym się w widłach obu rzek rozgrywa się akcja jednej powieści historycznej z czasów Bolesława Chrobrego. Wydarzenia, które miały miejsca w średniowieczu, a rozegrały się wysokim, urwistym brzegu Bobru były tworzywem do licznych legend i opowieści. Przedwojenni mieszkańcy Żagania często i licznie wędrowali na wzniesienia nad Bobrem. Urządzano tutaj pikniki, grano sztuki teatralne i wypoczywano. Zachęcam wszystkich do spaceru (lub przejażdżkę rowerem) w te urocze okolice tak jeszcze mało znane. Z Żagania idziemy ul. Strumykową do końca i dalej drogą wzdłuż Bobru przez Mały Bożnów do Wilczyc (Bukowina Bobrzańska) ok. 5 km.